W naszym domu wieczór wygląda następująco; Mąż kąpie Jasia, ja przejmuje go do wytarcia i ubrania, następnie wspólnie się modlimy, po czym chłopacy zostają sami i wszelkimi sposobami mąż stara się uśpić Jasia, a Jaś stara się zatrzymać tatę w pokoju jak najdłużej. Tak więc dobiegają do mnie odgłosy czytania bajek, śpiewania, gwizdania i rozmów.
Gdy jednak zdarza się, że sama kładę Jasia spać, gdyż mąż nie nocuje w domu, staram się skrócić wieczorne czynności do minimum. To jednak nie zniechęca Jasia do zagadywania mnie i wymyślania kolejnych zadań.
Taki właśnie wieczór przypadł nam wczoraj. Gdy Janek leżał już w łóżku i okrywałam go kołdrą życząc przy tym słodkich snów, Janek rozpoczął taką rozmowę:
Jaś: Dziękuje ci, że ze mną sprzątałaś
Ja: Proszę bardzo :)
Jaś : Dziękuje, że dawałaś mi jedzonko
Ja: Proszę bardzo synku :) :)
Jaś: Dziękuje, że układałaś ze mną samochody
Ja: Proszę bardzo :) :) :) (uśmiech rósł mi coraz większy i większy)
Jaś: Dziękuje....
Ja: Proszę...
Tych podziękowań było było całkiem sporo, w końcu i ja zaczęłam dziękować:
Ja: Dziękuje ci synku, że pomogłeś mi robić dziś ciasteczka
Jaś: Też ci dziękuje, że mi pomogłaś
Ja: Dziękuje...
Jaś: Dziękuję...
I pewnie trwało by to tak w nieskończoność gdybym nie oprzytomniała i nie zarządziła końca rozmów. Jaś był chyba usatysfakcjonowany tą rozmową, bo zasnął natychmiast. Ja natomiast parze do teraz na swojego syna z podziwem i pękam z dumy :)
Dzieci królowej Thamar
czwartek, 21 czerwca 2012
piątek, 23 marca 2012
Dzieci królowej Thamar
Pora na wyjaśnienie dlaczego "Dzieci królowej Thamar".
Zacznę od tego, że Thamar zostałam po przeczytaniu książek Grigoła Abaszydze, jedną z nich był: "Syn królowej Tamar" ("h" dodane by odróżniał się od innych nicków z internetu). Stąd też tytuł tego bloga, w którym chce opisywać zajęcia z moimi dziećmi.
Dzieci mam już czworo, choć nie skłamie jeśli powiem, że najstarszy Janek ciągle jest jedynakiem. Pozostała trójka czuwa nad nami z nieba.
Jaś urodził się 26 października 2009 roku. Staraliśmy się o niego trzy miesiące, więc w sumie nie za długo i nikt nie spodziewał się późniejszych problemów ze staraniami o kolejne dzieci. A pojawiły się już przy narodzinach Jasia, ponieważ był trzykrotnie owinięty pępowiną i mimo pełnego rozwarcia zapadła decyzja o cesarskim cięciu. Ciężko było mi się z tym pogodzić gdyż marzę o licznej rodzinie, a by kolejny poród mógł się odbyć siłami natury trzeba było poczekać rok ze staraniami o kolejne dziecko.
Gdy minął zaczęliśmy niecierpliwie wyczekiwać naszego kolejnego dziecka. Udało się znów po trzech miesiącach - krwawienie spóźniało się już prawie tydzień więc sięgnęliśmy po test. Wynik pozytywny, ale jak to powiedziała moja pani ginekolog - słabo pozytywny. Druga kreska pojawiała się powoli i nie była tak wyraźna jak przy ciąży z Jankiem, następnego dnia powtórzyłam test i wynik był taki sam. Pierwsza myśl - jeszcze może za wcześnie, ale nie było nam już dane powtórzyć testu po paru dniach. Wieczorem dostałam jednorazowe silne krwawienie, bardzo obfite i ze skrzepami, nigdy wcześniej takiego nie miałam. Przez cały kolejny dzień nie krwawiłam, ale zanim zdążyłam pójść z tym do lekarza zaczęła się regularna miesiączka. Temu dziecku nadaliśmy imię Łazarz.
Już w kolejnym cyklu znów zaszłam w ciąże. Wynik testu bez zastrzeżeń, na USG w 7 tygodniu widać było naszą małą kruszynkę, ale nie biło jej serduszko. Pani ginekolog zapisała luteinę i kazała przyjść za dwa tygodnie bo być może dziecko jeszcze za małe. To były najtrudniejsze dwa tygodnie w moim życiu. Nosiłam pod sercem swoje dziecko, które już widziałam podczas badania, ale nikt nie potrafił mi dać pewności czy ono żyje. Na kolejnej wizycie spełnił się ten najgorszy scenariusz - dziecko nic nie urosło, serduszko nadal nie bije. Skierowanie do szpitala i może wylanych łez....
2 kwietnia 2011 roku po raz ostatni widziałam na monitorze moje maleństwo. Dostało od nas imię Faustyna.
W czerwcu mogliśmy się zacząć starać o kolejne dziecko i tak też zrobiliśmy, chociaż co niektórzy mówili by poczekać nieco dłużej by dojść do siebie po tak wielkiej stracie. Ja swoje wypłakałam i czuje się spokojna o Łazarza i Faustynkę wiem, że spotkam ich kiedyś w niebie, nawet jeżeli jeszcze długie męki w czyśćcu przede mną. Trudne chwile przychodzą niespodziewanie - gdy ktoś wspomni o mającym się narodzić dziecku, czy podczas oglądania filmu, a na co dzień staram się optymistycznie patrzeć w przyszłość.
W czerwcu rozpoczęliśmy starania, ale dwie kreski na teście pojawiły się dopiero pod koniec lutego tego roku. Na pierwszej wizycie ginekolog zapisała tylko luteinę, było jeszcze za wcześnie na USG. Wykonaliśmy je dopiero na wizycie 13 marca. Położna obliczyła datę porodu na 26 października, a ja cała wystraszona czekałam czy Jasiu dostanie na trzecie urodzinki brata lub siostrzyczkę. Niestety na badaniu nie zobaczyłam dzidziusia, w przeraźliwie czarnym pęcherzyku ciążowym widać wyło tylko cień, który był naszym dzieckiem, ale z jakiegoś powodu przestał się rozwijać. Znów skierowanie do szpitala i znów ten sam horror.
14 marca 2012 to data urodzenia i zgonu naszego czwartego dziecka - Jeremiasza.
Faustyna został zarejestrowana i pochowana. Na pochowanie Jeremiasza także wyrażono zgodę. Jest to wielkim ukojeniem gdy mamy dowód na to, że nasze dzieci naprawdę istniały, kochamy je przecież tak samo mocno jak Jasia choć cieszyliśmy się ich posiadaniem tak krótko.
Zacznę od tego, że Thamar zostałam po przeczytaniu książek Grigoła Abaszydze, jedną z nich był: "Syn królowej Tamar" ("h" dodane by odróżniał się od innych nicków z internetu). Stąd też tytuł tego bloga, w którym chce opisywać zajęcia z moimi dziećmi.
Dzieci mam już czworo, choć nie skłamie jeśli powiem, że najstarszy Janek ciągle jest jedynakiem. Pozostała trójka czuwa nad nami z nieba.
Jaś urodził się 26 października 2009 roku. Staraliśmy się o niego trzy miesiące, więc w sumie nie za długo i nikt nie spodziewał się późniejszych problemów ze staraniami o kolejne dzieci. A pojawiły się już przy narodzinach Jasia, ponieważ był trzykrotnie owinięty pępowiną i mimo pełnego rozwarcia zapadła decyzja o cesarskim cięciu. Ciężko było mi się z tym pogodzić gdyż marzę o licznej rodzinie, a by kolejny poród mógł się odbyć siłami natury trzeba było poczekać rok ze staraniami o kolejne dziecko.
Gdy minął zaczęliśmy niecierpliwie wyczekiwać naszego kolejnego dziecka. Udało się znów po trzech miesiącach - krwawienie spóźniało się już prawie tydzień więc sięgnęliśmy po test. Wynik pozytywny, ale jak to powiedziała moja pani ginekolog - słabo pozytywny. Druga kreska pojawiała się powoli i nie była tak wyraźna jak przy ciąży z Jankiem, następnego dnia powtórzyłam test i wynik był taki sam. Pierwsza myśl - jeszcze może za wcześnie, ale nie było nam już dane powtórzyć testu po paru dniach. Wieczorem dostałam jednorazowe silne krwawienie, bardzo obfite i ze skrzepami, nigdy wcześniej takiego nie miałam. Przez cały kolejny dzień nie krwawiłam, ale zanim zdążyłam pójść z tym do lekarza zaczęła się regularna miesiączka. Temu dziecku nadaliśmy imię Łazarz.
Już w kolejnym cyklu znów zaszłam w ciąże. Wynik testu bez zastrzeżeń, na USG w 7 tygodniu widać było naszą małą kruszynkę, ale nie biło jej serduszko. Pani ginekolog zapisała luteinę i kazała przyjść za dwa tygodnie bo być może dziecko jeszcze za małe. To były najtrudniejsze dwa tygodnie w moim życiu. Nosiłam pod sercem swoje dziecko, które już widziałam podczas badania, ale nikt nie potrafił mi dać pewności czy ono żyje. Na kolejnej wizycie spełnił się ten najgorszy scenariusz - dziecko nic nie urosło, serduszko nadal nie bije. Skierowanie do szpitala i może wylanych łez....
2 kwietnia 2011 roku po raz ostatni widziałam na monitorze moje maleństwo. Dostało od nas imię Faustyna.
W czerwcu mogliśmy się zacząć starać o kolejne dziecko i tak też zrobiliśmy, chociaż co niektórzy mówili by poczekać nieco dłużej by dojść do siebie po tak wielkiej stracie. Ja swoje wypłakałam i czuje się spokojna o Łazarza i Faustynkę wiem, że spotkam ich kiedyś w niebie, nawet jeżeli jeszcze długie męki w czyśćcu przede mną. Trudne chwile przychodzą niespodziewanie - gdy ktoś wspomni o mającym się narodzić dziecku, czy podczas oglądania filmu, a na co dzień staram się optymistycznie patrzeć w przyszłość.
W czerwcu rozpoczęliśmy starania, ale dwie kreski na teście pojawiły się dopiero pod koniec lutego tego roku. Na pierwszej wizycie ginekolog zapisała tylko luteinę, było jeszcze za wcześnie na USG. Wykonaliśmy je dopiero na wizycie 13 marca. Położna obliczyła datę porodu na 26 października, a ja cała wystraszona czekałam czy Jasiu dostanie na trzecie urodzinki brata lub siostrzyczkę. Niestety na badaniu nie zobaczyłam dzidziusia, w przeraźliwie czarnym pęcherzyku ciążowym widać wyło tylko cień, który był naszym dzieckiem, ale z jakiegoś powodu przestał się rozwijać. Znów skierowanie do szpitala i znów ten sam horror.
14 marca 2012 to data urodzenia i zgonu naszego czwartego dziecka - Jeremiasza.
Faustyna został zarejestrowana i pochowana. Na pochowanie Jeremiasza także wyrażono zgodę. Jest to wielkim ukojeniem gdy mamy dowód na to, że nasze dzieci naprawdę istniały, kochamy je przecież tak samo mocno jak Jasia choć cieszyliśmy się ich posiadaniem tak krótko.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Brak mi sił
Przez to całe chorowanie, tracę zupełnie chęć do jakiejkolwiek aktywności.
Podziwiam Jasia, że nawet z gorączką ma siłę na zabawę, biega śmieje się i stara się nas wszystkich zmobilizować do działania.
Mnie męczy nawet oglądanie telewizji, gdy widzę jak inni realizują swoje pasje i angażują w to całą swoją energie i uwagę to nie mogę wyjść z podziwu po co im to wszystko. Mnie już nawet nie cieszą moje ulubione zajęcia, a wszystkie plany jakie miałam do tej pory wydają mi się bezsensowne. Liczę na to, że odzyskam chęci i zrealizuje swoje pomysły, choć będzie to dopiero pewnie w nowym roku.
Podziwiam Jasia, że nawet z gorączką ma siłę na zabawę, biega śmieje się i stara się nas wszystkich zmobilizować do działania.
Mnie męczy nawet oglądanie telewizji, gdy widzę jak inni realizują swoje pasje i angażują w to całą swoją energie i uwagę to nie mogę wyjść z podziwu po co im to wszystko. Mnie już nawet nie cieszą moje ulubione zajęcia, a wszystkie plany jakie miałam do tej pory wydają mi się bezsensowne. Liczę na to, że odzyskam chęci i zrealizuje swoje pomysły, choć będzie to dopiero pewnie w nowym roku.
Choroby
Przez pierwszy rok życia Jasia mieliśmy spokój z wszelkimi chorobami, zaliczyliśmy tylko trzydniówkę. Tuż przed pierwszymi urodzinami pojawiła się biegunka, z którą wybraliśmy się do lekarza. To była niedziela i mimo, że chciałam pojechać z tym do szpitala dziecięcego to ze strachu przed odesłaniem z kwitkiem wybraliśmy się do przychodni pełniącej dyżur weekendowy dla naszej gminy. Wcześniej oczywiście zadzwoniłam by się upewnić czy przyjmuje pediatra i zostałam zapewniona, że tak. Na miejscu jednak okazało się, że pediatry nie ma, a Pani doktor, która przyjmowała raczej nie była zadowolona z niedzielnego dyżuru, powiedziała, że nie wie co to jest i wystawiła skierowanie do szpitala zakaźnego. Biedny Jaś nieźle się nacierpiał bo panie pielęgniarki z oddziału dziecięcego jakoś nie bardzo radziły sobie z pobieraniem krwi. Okazało się, że to nie rotawirus i na wtorek udało nam się pójść na przepustkę do domu. Na oddziale w izolatce znalazło się jednak jedno małe dzieciątko z rotawirusem a jego niezbyt opiekuńcza mama mama zamiast za nim siedzieć w tej izolatce to stale chodziła popalać a na dodatek odwiedzała wszystkie sale by pożyczać fajki. Gdy wróciliśmy następnego dnia na obchód i po wypis już wszystkie dzieci za naszej sali miały stwierdzonego rotawirusa. Zostaliśmy poinformowani o możliwości zarażenia ale dość rozsądna lekarka poradziła żebyśmy omijali szpital szerokim łukiem i grypę żołądkową, którą oczywiście złapaliśmy odchorowaliśmy już w domu.
Kolejne miesiące znów obyły się bez większych problemów zdrowotnych, aż do sierpnia. W sierpniu bowiem nasza Pani pediatra zapisała Jasiowi antybiotyk, który moim zdaniem nie pomógł, a wręcz obniżył odporność i wszelkie choróbska ciągną się za nami aż do teraz (katary, rotawirusy i gorączki). W tym czasie Jankowi przepisano dwa następne antybiotyki, jeden pomógł ale drugiego nie podałam i na szczęście lekarz stwierdził, że to była dobra decyzja.
Teraz gdy już i ja i Jaś czujemy się w miarę, to pochorował się mój mąż Sławek, więc ciężko będzie odbudować odporność.
Jak na złość oczywiście pogoda nam nie sprzyja, gdy jesteśmy najbardziej chorzy to za oknem piękne słoneczko, a gdy już moglibyśmy pospacerować to za oknem wichry i deszcze. Jeśli ktoś potrafi załatwić ładną pogodę to poprosimy, by w słoneczku móc nabrać sił po tym całym kiszeniu się w czterech ścianach.
Kolejne miesiące znów obyły się bez większych problemów zdrowotnych, aż do sierpnia. W sierpniu bowiem nasza Pani pediatra zapisała Jasiowi antybiotyk, który moim zdaniem nie pomógł, a wręcz obniżył odporność i wszelkie choróbska ciągną się za nami aż do teraz (katary, rotawirusy i gorączki). W tym czasie Jankowi przepisano dwa następne antybiotyki, jeden pomógł ale drugiego nie podałam i na szczęście lekarz stwierdził, że to była dobra decyzja.
Teraz gdy już i ja i Jaś czujemy się w miarę, to pochorował się mój mąż Sławek, więc ciężko będzie odbudować odporność.
Jak na złość oczywiście pogoda nam nie sprzyja, gdy jesteśmy najbardziej chorzy to za oknem piękne słoneczko, a gdy już moglibyśmy pospacerować to za oknem wichry i deszcze. Jeśli ktoś potrafi załatwić ładną pogodę to poprosimy, by w słoneczku móc nabrać sił po tym całym kiszeniu się w czterech ścianach.
niedziela, 6 listopada 2011
Wiara, a Halloween
Przeglądając liczne blogi o edukacji, które bardzo cenie za właściwe podejście do nauczania własnych dzieci, napotykam ostatnio liczne posty na temat zabaw halloweenowych, które wprost mrożą mi krew w żyłach. Mam na myśli tu te, których autorzy nie widzą sprzeczności tego święta z wiarą katolicką, a wręcz są oburzeni, że Kościół jest przeciwny temu "świętu".
Ja również jestem jemu przeciwna. Skoro ktoś uznaje, że jest osobą wierzącą to powinien wierzyć w Boga Ojca, Syna Bożego, Ducha Świętego; anioły (w tym także szatana) oraz świętych.
Z naszej wiary wynika, że dusze zmarłych po śmierci trafiają do czyścica lub jeżeli są święte to wprost do nieba i żadna z nich nie błąka się po ziemi i nie straszy ludzi. Na ziemi możemy spotkać jedynie anioły, a te poza szatanem raczej me mają zadania straszyć ludzi.
Pochodzenie święta Halloween związane jest z odstraszaniem złych mocy - duchów, ale skoro żyjemy, jak mówią wszyscy, w cywilizowanych czasach i jesteśmy osobami wierzącymi to odstraszania złych mocy możemy pozostawić egzorcystom i nie robić z tej czynności zabawy dla małych dzieci.
Skoro wierzymy w Boga to nie powinniśmy lekceważyć ciemnej strony mocy i urządzać głupich zabaw z tym związanych.
Spotkałam się też z takim podejściem, że Halloween jest ciekawsze bo jest radośniejsze w porównaniu z naszymi rodzimymi świętami obchodzonymi w tym czasie. Tu rzeczywiście muszę się zgodzić, że z wesołego święta Wszystkich Świętych zrobiliśmy Zaduszki, ale z drugiej strony nie widzę nic radosnego w przepędzaniu demonów.
Jeśli ktoś chce w radosny sposób oswoić dzieci ze śmiercią i przemijaniem to radze wykorzystać do tego dzień Wszystkich Świętych i pokazać dzieciom, że ludzie umierają w spokojny sposób lub tragicznie ale gdy wierzą w Boga to nie muszą się bać śmierci bo prędzej czy później zamieszkają w domu Ojca.
Pisze ten post w wielkim poruszeniu. Mam nadzieje, że będzie dla wszystkich zrozumiały.
Ja również jestem jemu przeciwna. Skoro ktoś uznaje, że jest osobą wierzącą to powinien wierzyć w Boga Ojca, Syna Bożego, Ducha Świętego; anioły (w tym także szatana) oraz świętych.
Z naszej wiary wynika, że dusze zmarłych po śmierci trafiają do czyścica lub jeżeli są święte to wprost do nieba i żadna z nich nie błąka się po ziemi i nie straszy ludzi. Na ziemi możemy spotkać jedynie anioły, a te poza szatanem raczej me mają zadania straszyć ludzi.
Pochodzenie święta Halloween związane jest z odstraszaniem złych mocy - duchów, ale skoro żyjemy, jak mówią wszyscy, w cywilizowanych czasach i jesteśmy osobami wierzącymi to odstraszania złych mocy możemy pozostawić egzorcystom i nie robić z tej czynności zabawy dla małych dzieci.
Skoro wierzymy w Boga to nie powinniśmy lekceważyć ciemnej strony mocy i urządzać głupich zabaw z tym związanych.
Spotkałam się też z takim podejściem, że Halloween jest ciekawsze bo jest radośniejsze w porównaniu z naszymi rodzimymi świętami obchodzonymi w tym czasie. Tu rzeczywiście muszę się zgodzić, że z wesołego święta Wszystkich Świętych zrobiliśmy Zaduszki, ale z drugiej strony nie widzę nic radosnego w przepędzaniu demonów.
Jeśli ktoś chce w radosny sposób oswoić dzieci ze śmiercią i przemijaniem to radze wykorzystać do tego dzień Wszystkich Świętych i pokazać dzieciom, że ludzie umierają w spokojny sposób lub tragicznie ale gdy wierzą w Boga to nie muszą się bać śmierci bo prędzej czy później zamieszkają w domu Ojca.
Pisze ten post w wielkim poruszeniu. Mam nadzieje, że będzie dla wszystkich zrozumiały.
środa, 26 października 2011
Dwa lata
Właśnie tyle skończył dziś Jaś. Pora zająć się bardziej jego edukacją. Może co nieco z tego naszego homeschoolingu uda się uwiecznić na blogu?
Subskrybuj:
Posty (Atom)