Zacznę od tego, że Thamar zostałam po przeczytaniu książek Grigoła Abaszydze, jedną z nich był: "Syn królowej Tamar" ("h" dodane by odróżniał się od innych nicków z internetu). Stąd też tytuł tego bloga, w którym chce opisywać zajęcia z moimi dziećmi.
Dzieci mam już czworo, choć nie skłamie jeśli powiem, że najstarszy Janek ciągle jest jedynakiem. Pozostała trójka czuwa nad nami z nieba.
Jaś urodził się 26 października 2009 roku. Staraliśmy się o niego trzy miesiące, więc w sumie nie za długo i nikt nie spodziewał się późniejszych problemów ze staraniami o kolejne dzieci. A pojawiły się już przy narodzinach Jasia, ponieważ był trzykrotnie owinięty pępowiną i mimo pełnego rozwarcia zapadła decyzja o cesarskim cięciu. Ciężko było mi się z tym pogodzić gdyż marzę o licznej rodzinie, a by kolejny poród mógł się odbyć siłami natury trzeba było poczekać rok ze staraniami o kolejne dziecko.
Gdy minął zaczęliśmy niecierpliwie wyczekiwać naszego kolejnego dziecka. Udało się znów po trzech miesiącach - krwawienie spóźniało się już prawie tydzień więc sięgnęliśmy po test. Wynik pozytywny, ale jak to powiedziała moja pani ginekolog - słabo pozytywny. Druga kreska pojawiała się powoli i nie była tak wyraźna jak przy ciąży z Jankiem, następnego dnia powtórzyłam test i wynik był taki sam. Pierwsza myśl - jeszcze może za wcześnie, ale nie było nam już dane powtórzyć testu po paru dniach. Wieczorem dostałam jednorazowe silne krwawienie, bardzo obfite i ze skrzepami, nigdy wcześniej takiego nie miałam. Przez cały kolejny dzień nie krwawiłam, ale zanim zdążyłam pójść z tym do lekarza zaczęła się regularna miesiączka. Temu dziecku nadaliśmy imię Łazarz.
Już w kolejnym cyklu znów zaszłam w ciąże. Wynik testu bez zastrzeżeń, na USG w 7 tygodniu widać było naszą małą kruszynkę, ale nie biło jej serduszko. Pani ginekolog zapisała luteinę i kazała przyjść za dwa tygodnie bo być może dziecko jeszcze za małe. To były najtrudniejsze dwa tygodnie w moim życiu. Nosiłam pod sercem swoje dziecko, które już widziałam podczas badania, ale nikt nie potrafił mi dać pewności czy ono żyje. Na kolejnej wizycie spełnił się ten najgorszy scenariusz - dziecko nic nie urosło, serduszko nadal nie bije. Skierowanie do szpitala i może wylanych łez....
2 kwietnia 2011 roku po raz ostatni widziałam na monitorze moje maleństwo. Dostało od nas imię Faustyna.
W czerwcu mogliśmy się zacząć starać o kolejne dziecko i tak też zrobiliśmy, chociaż co niektórzy mówili by poczekać nieco dłużej by dojść do siebie po tak wielkiej stracie. Ja swoje wypłakałam i czuje się spokojna o Łazarza i Faustynkę wiem, że spotkam ich kiedyś w niebie, nawet jeżeli jeszcze długie męki w czyśćcu przede mną. Trudne chwile przychodzą niespodziewanie - gdy ktoś wspomni o mającym się narodzić dziecku, czy podczas oglądania filmu, a na co dzień staram się optymistycznie patrzeć w przyszłość.
W czerwcu rozpoczęliśmy starania, ale dwie kreski na teście pojawiły się dopiero pod koniec lutego tego roku. Na pierwszej wizycie ginekolog zapisała tylko luteinę, było jeszcze za wcześnie na USG. Wykonaliśmy je dopiero na wizycie 13 marca. Położna obliczyła datę porodu na 26 października, a ja cała wystraszona czekałam czy Jasiu dostanie na trzecie urodzinki brata lub siostrzyczkę. Niestety na badaniu nie zobaczyłam dzidziusia, w przeraźliwie czarnym pęcherzyku ciążowym widać wyło tylko cień, który był naszym dzieckiem, ale z jakiegoś powodu przestał się rozwijać. Znów skierowanie do szpitala i znów ten sam horror.
14 marca 2012 to data urodzenia i zgonu naszego czwartego dziecka - Jeremiasza.
Faustyna został zarejestrowana i pochowana. Na pochowanie Jeremiasza także wyrażono zgodę. Jest to wielkim ukojeniem gdy mamy dowód na to, że nasze dzieci naprawdę istniały, kochamy je przecież tak samo mocno jak Jasia choć cieszyliśmy się ich posiadaniem tak krótko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz